piątek, 19 listopada 2010

Bukit Lawang, czyli wsrod kuzynow

Z Mwdan, ktore niczym nas nie urzeklo pojechalismy do oddalonego o ok 100km parku narodowego. Glowna miescina to Bukit Lawang, slynaca z rezerwatu chroniacego wilgotny las rownikowy, w ktorym miedzy innymi mieszkaja...



... dzikie, poldzikie i calkiem oswojone ORANGUTANY!

Zaraz po przyjezdzie pierwszy problem - nasza baza noclegowa znajduje sie po drugiej stronie rzeki, a mostek nie zacheca by sie przebijac z plecaki...



Jakos poszlo. A po 4 razie staje sie to nawet calkiem przyjemne, takie bujanie i kolysanie, a w dole kojacy szum fal... Tylko przejsc i w dol nie patrzyc

Kolejnego dnia poszlismy sobie na parogodzinny spacer wzdluz rzeki. Do miejsca karmienia orangutanow dostac sie nie udalo, bo rzeka po ostatnich opadach byla zbyt rwaca. Stan ten sprzyjal innym sposobom powrotu do miasta - RAFTING!











I w koncu czas na zasluzony odpoczynek...



Nijak nie ma sie jednak profesjonalny rafting do sposobu w jaki przekroczylismy rzeke nastepnego poranka, czyli drift na rzece:



W koncu sie udalo! Oto spotkanie z wcale nie tak dalekimi kuzynami:



















Lekkie osuwisko ziemskie odcielo nas od wioski... nie ma to jak kapiel w blocie, ktora podobno idealnie dziala na skore.

wtorek, 16 listopada 2010

Jakarta, czyli nie taki diabel straszny jak sie ma przewodnika

Podroz z bandaru do Jakarty, przebiegala zle od samego poczatku. po pierwsze busik okazal sie ruina, do tego wszyscy w nim palili, a do pelni szczescia utknelismy w gigantycznym korku przed odprawa promowa, ktora z powodu burzy i fal zostala wstrzymana. tak wiec, zamiast przybyc do stolicy o swiecie, bylismy dopiero wczesnym popoludniem.

Nasz gospodarz i mistrz, David, odebral nas z terminalu. Zbawczy prysznic i juz na miejsce spotkania z... NINA! Zatem kawa na dzien dobry w Starbucksie z widokiem na nowoczesne centrum miasta, pozniej zakupy w olbrzymich sklepach, ostatecznie impreza w srodowisku couchsurferow. Dzien w pelni udany.





Niedziela to okres "intensywnego zwiedzania". Planowalismy wstac skoro swit, ale jakby na to patrzec, troszke nie wyszlo. Bylismy na nogach dopiero o 10 :-).

Kolejnosc:
Monas, czyli pomnik narodowy



Katedra



Najwiekszy meczet w Azji poludniowo - wschodniej



Druga czesc dzielnicy nowoczesnej, gdzie dolaczyl do nas przyjaciel Davida /na zdjeciu oczywiscie Nina :P/



Taman mini, czyli park gdzie mozna zobaczyc charakterystyczna architekture kazdej czesci kraju, pokosztowac potraw (np lodow z czerwonej fasoli) i w ogole spedzic kupe czasu daleko od gwarnego centrum.













W drodze powrotnej David dostal mandat, moim zdaniem tylko dlatego, ze wiozl bialych... musielismy tez odstawic Nine na dworzec, bo niektorzy maja w poniedzialek zajecia... My zas udalismy sie do Chinatown i na stare miasto, by zamknac zwiedzanie rozowym drineczkiem w najbardziej prestizowej knajpie w miescie...







W poniedzialek odwiedzilismy ambasade chinska zostawiajac wnioski wizowe i udalismy sie na lotnisko. Lot na polnocna polkule, gdzie wlasnie siedzimy byl nieprzyjemny, trzeslo, blyskalo i w ogole bylo dosc wymiotogennie. nie ma to jak 2h w burzy :-/.

teraz zwiedzamy Medan a dzis jedziemy do dzungli popodgladac orangutany!

piątek, 12 listopada 2010

jedźmy!




Zatem za chwilę znów plecak na plecy i w drogę.
Najpierw do Jakarty, no bo i stolicę trzeba zobaczyć. W poniedziałek samolotem do Medan. Następnie rezerwat orangutanów, takich prawdziwych, w Bukit Lawang. Później Brastagi, wodospad o wdzięcznej nazwie Sipisopiso, jezioro Toba (są szansę, że zanurzę się w Tobie...) i na koniec Bukitingi i Padang, czyli prawie wszystko to, co warto zobaczyć na północy i środku naszej wyspy.

Odpuszczamy Aceh, bo boję się radykałów.

Nie wiem czy na trasie uda mi się aktualizować blog na bieżąco, więc jeśli przez dłuższy nic się nie pojawi to z góry przepraszam...

wtorek, 9 listopada 2010

głód pracy przezwycięża ciężkie warunki

Sytuacja niemal z Monty Pythona.
Cały dzień zbieramy się żeby siąść do znaków, a ja dodatkowo później do magisterki. No ale najpierw zajęcia z indonezyjskiego, później do biblioteki, pranie, obiad i robi się małe opóźnienie. Nie ma jednak problemu, bo i plan na wieczór brzmi tak samo...

W końcu stało się. Obłożony książkami, kserami i własnymi notatkami siadam do napisania paru kolejnych stron pracy, której końca nie widać... Aż tu TRZASK i nie widać już nic. Myślę sobie, o w mordę - Krakatau! A to nie wulkan tylko awaria stacji i całą dzielnicę pozbawiono elektryczności, w całości na jakieś 2h.

Wola walki jednak wygrała, oto w jakich warunkach przyszło się uczyć....







poniedziałek, 8 listopada 2010

Di taman ini, saya adalah seekor burung.


Kupiłem swoją pierwszą książkę po indonezyjsku. Wybór padł na chyba najbardziej znaną pisarkę indonezyjską Ayu Utami. Pierwsza jej książka "Szaman" została przetłumaczona na angielski, ale w Lampungu nie da się tej wersji znaleźć... Nie pozostaje nic innego jak otwierać słownik i zacząć przedzierać się przez kolejne strony;
pierwsze zdanie dość proste. W tym parku jestem ogonem ptaka.

Jakieś pomysły jak potoczy się książka, która się tak zaczyna?

Raport wulkaniczny: bez zmian

sobota, 6 listopada 2010

dzień spełniania marzeń

Dziś wiele się działo. Skoro świt wsiedliśmy na motory i pojechaliśmy do pantai canti z zamiarem zobaczenia dymiącego krakatau, który od paru dni przygotowuje się do erupcji. PIERWSZY RAZ WIDZIAŁEM WULKAN W AKCJI. lekkie eksplozje co kilkanaście minut, wielkie chmury pyłu i nieprzewidywalne fale.













Oprócz tego wróciliśmy na rafę ponurkować już z bardziej zaawansowanym ekwipunkiem, w postaci okularków. plaża miła, pogoda świetna... nic dodać, nic ująć. Muszę przyznać, że to przyjemny pomysł na spędzenie listopadowej soboty. Ponieważ musiałem przesunąć zajęcia w domu dziecka, jutro znów czeka nas pobudka o 6:30... Plaża, rafa, wulkan, grupowy wyjazd, zabawa i motory były tego zdecydowanie warte