czwartek, 13 stycznia 2011

Kuala Lumpur, czyli powrót na "stare śmieci"

Singapur opuściliśmy z wielkim niedosytem. Miasto Lwa zdecydowanie trwale wpisało się na listę moich ulubionych punktów z Azji.

Kuala Lumpur jest na niej od czasu pierwszej wizyty w sierpniu. Dla tych, którzy nie pamiętają, lub są z nami krócej link do notki (http://azjatyckiesny.blogspot.com/2010/08/kuala-lumpur-fotorelacja.html).

Podobnie jak Singapur, KL jest miastem różnorodnym etnicznie i kulturowo. Nigdy nie wiem w jakim języku powinienem się zwracać do ludzi. Wydawałoby się proste: do "Chińczyków" (czyli ludzi chińskowyglądających) - po chińsku; do Malajów - w bahasie; do Indusów i białych - po angielsku... Jednak proste schematy zawsze zawodzą... i tak np dziś okazało się, że są tutaj Polacy :-).

Z radością wróciliśmy do miasta, od którego wiedzieliśmy czego się spodziewać.
Tym razem jednak postanowiliśmy skorzystać z CouchSurfingu, czyli darmowego noclegu u lokalnego dobrodzieja (skąd właśnie piszę). Budżet mamy mocno przekroczony, a przed nami sporo wydatków. Tym razem bowiem KL to dla nas baza wypadowa do Brunei, gdzie będziemy już jutro.

Mając jednak cały dzień tutaj... małe zwiedzanie miasta, miasta, które warte jest wielu powrotów:

Petronas Towers...


... i ich fontanny.


452 metry w górę...


... wystarczają by górować nad okolicą.


katedra


wejście do Chinatown


dziś w menu...


przygotowania do Nowego Chińskiego Roku - jak nie trudno zgadnąć - Roku Królika


Przy Placu Niepodległości


Masjid Negera - czyli Meczet Państwowy


siedziba KLM


siedziba KLM II


stary dworzec kolejowy

środa, 12 stycznia 2011

Singapur, czyli inny świat.

Nie umiemy sobie wyobrazić jak odebralibyśmy Singapur, gdybyśmy przyjechali prosto z Europy. W porównaniu jednak z Indonezją, kontrast jest niesamowity. Nowe dzielnice miasta projektowane były od początku tak, by były wygodne do życia. Ulice są szerokie, wszędzie ścieżki rowerowe, szerokie chodniki, metro, parkingi.

Miasto jest zdecydowanie za duże, żeby obejść je w jeden dzień; zwłaszcza kiedy dają o sobie powoli znać trudy podróży. Oboje jesteśmy lekko podziębieni (motor + klimatyzacja), obolali (motor + plecak + czas trwania podróży), niewyspani. Jutro przelot do Kuala Lumpur, następnie weekend w Brunei, a już w poniedziałek radykalne zimno - Chiny.

Tymczasem zapraszam na spacer po Singapurze:

godzina 8:30 - już po śniadaniu ruszamy w stronę Civil District; gdzie stara architektura sąsiaduje z nową


Budynek Parlamentu


Katedra świętego Andrzeja


10:00 - znów w okolicach Marina Bay; panorana miasta


Kariatyda XXI wieku


Oznaki luksusu


Diabelski Młyn, podobno najwyższy na świecie


Ahoj Kapitanie...


W całym mieście jest system monitoringu ruchu drogowego, który umożliwia precyzyjnie określić czas potrzebny aby dotrzeć do strategicznych punktów miasta.


12:00 Dzielnica Arabska - meczet Sułtana


Postkolonialne


meczet zagubiony wśród wieżowców


na granicy kultur


po szybkim obiedzie wizyta w ogrodzie chinskim...


... i japońskim


16:00 Największy na świecie park żółwi...


... które wiedzą, że dużo mięsa nie może się tak po prostu zmarnować


Gęsto jak w zupie


19:00 powrót do Chinatown, kolacja, zakupy, pakowanie.
Nie udało nam się wybrać do Little India (stwierdziliśmy, że orginał w lipcu i sierpniu wystarcza) i na Orchard St. - najdroższą ulicę miasta. Cóż. Nadrobimy kolejnym razem

wieczorny spacer z aparatem

taki jest dla mnie Singapur: z klasą łączy nowoczesność i dobry gust tradycji


pierwsze pyszne jedzenie od dawna


panaroma


Marina Bay, czyli największy "statek" świata. na samej górze m.in. basen




na lewym brzegu




nie wszystko jest dozwolone


przygotowania do Chińskiego Nowego Roku

wtorek, 11 stycznia 2011

Głosowanie otwarte!



chociaż łatwo nie było... Singapur!

udało się. przekroczyliśmy granicę. po prawie 5 miesiącach opuściliśmy Indonezję. Na podsumowanie tego pobytu przyjdzie jeszcze czas, teraz zewsząd atakuje nas... cywilizacja.
Po kilku godzinach w mieście odnosimy wrażenie, że to właśnie miasto XXI wieku. Duża część została sztucznie zabrana morzu, co sprawiło, że architekci nie musieli dostosowywać się do zastanych warunków, lecz tworzyli rzeczywistość. Efekt? Wszędzie metro, szerokie drogi, wielkie wieżowce. Zdjęcia jutro.

Póki co studiujemy czego nam nie wolno:
1. z racji dbania o czystość (Singapur to najbardziej zadbane miejsce, z tych jakie do tej pory odwiedziłem) nie wolno:
- jeść w miejscach publicznych,
- rzuć gumy,
- palić w miejscach publicznych, itd
2. jeździć na rowerze w tunelach,
3. deptać trawników,
4. posiadać narkotyków - zagrożone karą śmierci, wykonywaną również na cudzoziemcach równie.

i wiele wiele innych.

Teraz szybko spać, rano intensywnie zwiedzanie.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

moze jednak nie ostatni dzien w Indonezji?

Skoro swit wybralismy sie do swiatyni Beratan, chyba najwiekszego zabytku na Bali. 60km w jedna strone, pelne slonce i kojacy wiatr sprawily, ze opalilismy sie calkiem solidnie tego ostatniego dnia.

No wlasnie; czy ostatniego?

Przyjemnosc zwiedzania jednak zaklocil SMS od naszej kolezanki. Okazuje sie, ze nasz uniwersytet zapomnial, ze potrzebujemy dodatkowej pieczatki z urzedu emigracyjnego; a bez niej nie mozna opuscic kraju. Kilka osob juz zostalo cofnietych; uwiezieni w indonezyjskiej wersji Alcatraz biurokratycznego. Po dlugich rozmowach w urzedzie emigracyjnym dostalismy promese, ze uda nam sie wyjechac. Poniewaz nikt nie odwazyl sie tego potwierdzic na pismie, nie jestem przekonany, czy mozna tym wiadomosciom ufac.

Trzymajcie wiec jutro kciuki i do uslyszenia z Singapuru!

Kilka zdjec z Beratan: